Followers

Tuesday, November 4, 2014

Outfit #80 - I am horror writer, hell yeah!

Raz na jakiś czas trafia się taki post, jak ten - całkowicie nieplanowany, bez specjalnie pod niego robionych zdjęć, ale niosący ładunek emocjonalny. Ładunek gigantyczny - emocji pozytywnych.

Powyższe fot.: Robert Rusik; dwa ostatnie (kwadraty): z mojego Instagrama; pozostałe zdjęcia: Grzegorz Cieślewicz
Wczoraj miałam okazję gościć w Bibliotece Publicznej Miasta i Gminy w Zagórowie. Pełna relacja - wkrótce, na Rozkoszach Umysłu. Jak już będę w stanie wydusić coś więcej niż: ijaaaciękręcełoo! Bo w takim stanie aktualnie się znajduję - było bosko! Dopiero powoli próbuję wrócić do normalnej zombie-egzystencji.

Skoro spotkanie... to i stylówa musi być goodna. Szczególnie, że oprócz tematu oczywistego - literatury i tego co piszę - poruszyliśmy też kwestie ciuchowe. W takich chwilach budzi się w mojej głowie ten złośliwy chochlik, który mówi, że dwa blogi to rozmienianie się na drobne - ciągle jednak nie mam wizji jak je połączyć, by wilk był syty i owca cała. Tak więc: raz jeszcze zaproszę Was na pełną relację na Rozkosze Umysłu (wkrótce!), a teraz pogadam o ciuszkach!



Wszystko zaczęło się od butów... Typowe! Zachorowałam na ich punkcie jakiś czas temu (czasem się zastanawiam, czy moja miłość do obuwia nie zakrawa o szaleństwo). Błyszczące cudeńka na obcasie kusiły mnie z witryn w Mohito i jedyne co mnie powstrzymywało to zabójcza cena... Zgodnie z zasadą, że na swoje zachcianki nie wydaję więcej niż określoną kwotę, którą uważam za rozsądną - śliniłam się do nich, ale trzymałam twardo. Aż do piątku (tak, tak, te maleństwa są nowe w mojej szafie) - gdy gadając z przyjaciółką, zaczęłyśmy bredzić o ciuchach. O sukienkach, bucikach, bluzeczkach... No, same wiecie! I gdy zechciałam pokazać na ekranie komputera jak wygląda Błyszcząca Miłość Mojego Życia - wyświetliła się informacja o przecenie. Tylko tego dnia.

Spontaniczny babski wypad na zakupy - to lubię!



Nie byłabym sobą, gdybym przy najbliższej okazji nie uznała, że muszę je założyć. I choć początkowo wydawały mi się uniwersalne (ja i ten mój butopogląd...) - gdy zaczęłam przekopywać szafę, nic nie chciało zagrać.

W końcu uderzyłam w klimat, w którym czuję się najlepiej. Inspiracja oczywista: nu goth (mam nadzieję, że oczywista nie tylko w mojej wyobraźni). Pasiaste legginsy wygrały pojedynek z legginsami w krzyże i trafiły prosto na mój zgrabny... no, sami wiecie. Z braku laku - t-shirt, zwykły, czarny, z delikatną siateczką. Także nowy nabytek, zdobyty w piątek na przecenie (pierwszy raz od wieków weszłam do Croppa - skusiło mnie halloweenowe -40%; wizyta okazała się strzałem w dziesiątkę!). Na koszulkę, z braku laku (tak, powtarzam się) - ukochana marynarka. Uwielbiam ją i na samą myśl, że kiedyś będziemy musiały się rozstać - robię smutną minkę. Ajaj!


Biżuteria sprawiła mi nie lada kłopot. Dobra, ja po prostu chyba tego dnia nie miałam natchnienia! Naszyjnik przebierałam więcej razy niż wszystkie elementy zestawu razem wzięte. Potrzebowałam czegoś rockowego i minimalistycznego. Stanęło na opasce z kolcami. Chyba się sprawdziła.

Jesteście spostrzegawczy? Na pewno! ;) Zauważyliście już więc zapewne, że na pazurach mam lakier... holograficzny. I nie, to nie przypadek, że pasuje do butów. 




Aj, rozgadałam się, prawie tak jak wczoraj! Mam nadzieję, że dzisiejszy brak zdjęć robionych typowo pod kątem zestawu - ów zestaw Wam zrekompensuje. 

I, na sam koniec - zapraszam na .Moda de Subculturas. Bloga, na którym pojawiła się krótka wzmianka o mnie. Ten tydzień dopiero się zaczął - a już mam tyle frajdy! Mam nadzieję, że u Was równie pozytywnie :) Ciao!


Thursday, October 30, 2014

Outfit #79 - Deeper into Baskerville




Mrok, zło i... jeszcze więcej mroku - tak bym określiła ostatnią stylizację, której sfotografowania podjął się Paweł Kryza. Uroczy człowiek, który zrobił wszystko, bym uwierzyła, że ze zdjęć nic nie wyszło, a potem... bum! podesłał mi próbkę. A ja szczękę długo z ziemi zbierałam.

Jest moc! Lubię gdy zupełnie od niechcenia powstają rzeczy fantastyczne. Bo co mogę powiedzieć o tym zestawie poza tym, że to kolejny mój "look codzienny"? I że nie on miał być tego dnia sfotografowany? Bo miałam fajną bluzę, miałam bluzeczkę w groszki. Ale Paweł spojrzał i już wiedziałam - zostaję w pelerynie. Trafił w dziesiątkę.

Ponoć peleryny znowu są modne. Tak jak kapelusze. O modzie na ciężkie obuwie nie mam co wspominać, bo już od dawna nie przemija. Cóż, typowo - zima. Znowu obkupię się w sieciówkach w ubrania, które doskonale odwzorowują mój styl. Mrok - rok w rok - na pokazach w sezonie jesienno-zimowym święci triumfy. Mi w to graj.

Oczywiście, jak to u mnie, nie mogło obyć się bez elementu zaskoczenia. Tym razem w postaci ukochanych legginsów z siatkami na udach. Niby nic, a oko cieszy. 

Gdy zobaczyłam siebie na tych zdjęciach, pierwsze skojarzenie brzmiało - "Sherlock". Pierwsze skojarzenie kumpeli - "Kuba Rozpruwacz". Równie mi odpowiadające. A jakie jest Twoje skojarzenie?

Miłego oglądania!








Leggings: no name
Coat: F&F
Shoes: Shoelook
Hat: House
Blouse (under coat): Orsay

Monday, October 20, 2014

Outfit #78 - Butterfly dance


Uwielbiam wszelkie akcje zakupowe organizowane w galeriach handlowych - weekendy zniżek, spotkania ze stylistami czy wizażystkami. Za każdym razem gdy o jakiejś usłyszę - biegnę po odpowiednią gazetę, przeglądam zniżki (w końcu jestem człowiekiem oszczędnym) i dokładnie analizuję harmonogram. A potem, oczywiście, nigdy na taką akcję nie udaje mi się dotrzeć. Bo zjazd, bo zajęcia, bo kawa z przyjaciółką...

Tym razem było inaczej - w trakcie okienka w zajęciach zawędrowałam do najbliższej poznańskiej galerii - Galerii Malta. Znudzona i przemoczona, polująca na wymarzony włochaty sweterek, który widziałam na stronie internetowej pewnej marki dwuliterowej z & w środku - i o którego istnieniu sprzedawcy nigdy nie mieli pojęcia gdy pytałam. Włóczyłam się więc bez celu, o nieludzkiej godzinie dziesiątej rano, czekając aż okienko się skończy. Szukając windy (ktoś był tak mądry, że po rozbudowie apteki najwygodniejszą windę obudował urządzeniami sprawdzającymi czy czegoś nie kradniesz - sięgniecie do przycisku z poziomu wózka stało się niewykonalne) wpakowałam się do sklepu, który zawsze omijałam z daleka, bo brzydki, niefajny, drogi i tak dalej. I bum! - wpadłam na włochaty sweterek, w wymarzonym kolorze i fasonie, w dodatku przeceniony. Marks&Spencer, od tej pory obiecuję nie narzekać na ceny i kolekcje!

Wracając jednak do tematu "akcji" - gdy już biegłam na kolejne zajęcia zaczepiła mnie przemiła pani i zachęciła do wzięcia udziału w akcji magazynu HOT Moda. Fryzjer - za darmo. Makijaż - za darmo. Porady stylistek - tak, za darmo! I, żeby było jeszcze fajniej, możliwość wygrania wypasionego auta. Oczywiście nadchodzący maraton wykładów kazał mi odmówić.



I, oczywiście, miałam niesamowite szczęście (albo pecha, zależy od interpretacji i tego co jest czyim priorytetem). Bo gdy dotarłam na wykład, okazało się, że jestem z niego zwolniona. Pokonałam trasę Polibuda-Malta po raz trzeci tego dnia i stało się - osiwiałam z wrażenia. Na zdjęciach niestety nie widać już efektu, ale siwe pasemka okazały się niezwykle twarzowe. A suchy szampon uratował mą fryzurę na mokrą kurę... to jest, Włoszkę. Makijaż - również pro, wykonany kosmetykami Diora, o wiele bardziej delikatny niż noszę na co dzień, spodobał mi się.

W ten sposób, gdy dotarłam do domu po 23., została mi godzina na wzięcie udziału w konkursie. Tak, trzeba było wysłać zdjęcie swojej stylizacji - tego samego dnia do północy. Stąd, nowy, zupełnie nieplanowany post. Szaleństwo, ale nauczyłam się już, że w nim właśnie jest metoda.

Jak się podoba moja wersja bardzo codzienna? ;)







Leggings: Orsay
Top: New Yorker
Sweatshirt: Marks&Spencer
Shoes: DeeZee.pl
Ring: H&M
Bracelet: SinSay

Wednesday, October 15, 2014

Review #21 - Nail polish One Colour Sand 11

Dawno nie było tutaj recenzji... Brak czasu, ale przede wszystkim - brak pomysłu na zdjęcia, uniemożliwiał mi przygotowanie dobrego posta. Szczególnie, że w kolejce do opisania wciąż czekały lakiery od AllePaznokcie. A, jak łatwo się domyślić: zrobienie znośnych zdjęć własnych dłoni dysponując jedynie lustrzanką do łatwych nie należy. W końcu jednak zebrałam się w sobie, znalazłam wolną-dłuższą chwilę - i jest, nowy post!


Dziś, moi mili, opowiem Wam krótko o lakierze piaskowym One Colour! od AllePaznokcie. Kto bardziej spostrzegawczy - dostrzegł go już w postach stylizacyjnych, choćby TUTAJ.

Zdecydowałam się na "brudny róż" (numer 11). Urzekł mnie na zdjęciach w sklepie, a że w mojej kolekcji lakierów brakuje odcieni neutralnych - powitałam go u siebie z radością. Kolor po nałożeniu na paznokcie określiłabym jako nude wpadający w róż. Ładny, delikatny, zbliżony do koloru skóry. Nie rzuca się w oczy, ale gdy zostanie zauważony - zwykle jest doceniany. Bardzo elegancki. Na zdjęciach prezentuję go zarówno w dziennym świetle jak i z lampą błyskową, myślę więc, że idealnie oddają prawdziwy odcień.



Nietypowa jest chropowata faktura. Mamy bowiem do czynienia z lakierem piaskowym. Do tej pory testowałam tylko piaski od Golden Rose i zawsze byłam zachwycona. Ten jest inny. Drobinki piasku są całkowicie matowe, warstwa koloru, która się pod nim tworzy ma lekki połysk. Nie doświadczymy żadnego brokatu czy specjalnych drobinek - dosłownie lakier wygląda tak jak dłonie po całym dniu na plaży, piaskiem dokładnie oblepione... Kojarzy mi się z wakacjami, zdecydowanie.



I tu pojawia się pierwszy zgrzyt - przez tę chropowatość lakier bardzo trudno... doczyścić. I nie, nie mówię tu o jego zmywaniu, co jest zaskakująco łatwe. Mam na myśli sytuacje, gdy na przykład pobrudzimy się eyelinerem czy jak niezdary maźniemy pisakiem. W przypadku zwykłych lakierów, a nawet innych piasków z którymi miałam do czynienia wystarczy umycie rąk. Tutaj najczęściej kończy się malowaniem paznokci od nowa.


Trwałość, jak w przypadku wszystkim lakierów od AllePaznokcie, szokująco dobra. Cztery dni bez odprysków to minimum dla tych lakierów, a nie raz noszę je dopóki odrost nie zacznie mi przeszkadzać. I to bez żadnych utwardzaczy czy baz (których zresztą według opisu sklepowego tego akurat produktu nakładać się nie powinno) - są naprawdę mocne!

Pędzelek dość szeroki, nie na tyle jednak by można było pomalować paznokieć jednym pociągnięciem. Wygodnie leży w dłoni. Lakier szybko schnie. Buteleczka ładna, prosta. Plus za naklejkę z logo marki, ułatwia mi znalezienie lakieru w moim pudełeczku, w którym zwykle identyfikuje kolory po zakrętce (bo wszystkie lakiery stoją pionowo).


Czemu więc się nie zachwycam? Szczerze mówiąc - nie wiem. Ten lakier nie ma żadnych konkretnych wad - jest ładny, elegancki, wytrzymały. Jednak do najwyższej noty... czegoś mu brakuje. Może chodzi o to, że nudziaki traktuję jako uzupełnienie strojów eleganckich, prostych lub noszę gdy zwyczajnie nie chce mi się kombinować. I wtedy ten lakier się sprawdza, bo jest ładny i prosty. Nie ma tu jednak efektu: wow! Ale to wyłącznie moje wizualne odczucia. Jakościowo - jest bardzo dobrze.

Lakier kupicie TUTAJ.

Dziękuję marce AllePaznokcie za przekazanie lakieru do recenzji!

Sunday, October 5, 2014

Outfit #77 - Blood addiction


Przygotowania tej notki upłynęły pod hasłem: "To się nie może udać!". A jednak...

Zaczęło się od wyprawy na Poznańskie Dni Fantastyki. Okazja do stroju bardziej wampirzego niż zwykle - jest! Mission - accepted! I się zaczęło...

Najpierw - problemy z drukarką, które utrudniły mi przygotowanie konkursu "Co Ty wiesz o zabijaniu?". Potem - przymiarka nowiusieńkich spodni od RockZone.pl. Zakochałam się w nich, w gotyckich sznurowaniach, które pięknie współgrały ze wszystkimi dziurami i sznurkami od kimona. Idealne! Tylko, oczywiście "to się nie mogło udać" - przymiarka tuż przed wyjściem wykazała, że sznurek od sznurowań jest zbyt długi, by upychać go w buty; a czasu zbyt mało by go skracać i dopasowywać - i pomysł na wbicie w obcisłe gotyckie kozaczki nagle okazał się absurdalną wizją szaleńca. Na szczęście w szafie czekały niezastąpione creepersy. 

Potem - spóźniłam się na autobus. Na szczęście koleżanka po mnie wyszła i poprowadziła odpowiednią trasą - inaczej bym zapewne zabłądziła. Szczególnie w obszernych korytarzach Zamku, gdzie sala dwieście-coś okazała się być salą trzecią. 

Żeby nie było zbyt łatwo, Mój Nadworny Fotograf się rozchorował (laska, wracaj mi szybko do zdrowia! <3) i w niecnym celu zdjęciowym musiałam wykorzystać chłopaka. Poświęcił się: ja ustawiłam aparat, on cyknął kilkakrotnie, a gdy dziś zgrałam zdjęcia okazało się, że ustawienia aparatu kwiczą i płaczą... Ronią gorzkie łzy mroku i niedoświetlenia, jak ja, zastanawiając się jak focisze odratować. 

Jak więc widzicie: ten post nie mógł się udać. A jednak - wampiry się nie poddają. Złożyłam serce i kilka organów na cześć bogini Kali - i jest! Efekty - oceńcie sami, mi się podoba. 

Lecę korzystać z pierwszej leniwej niedzieli od stu (wampirzych, oczywiście) lat. I, miłego dnia Wam życzę!







Kimono: Punk Rave
Leggings: Rockzone.pl
Shoes: DeeZee.pl
Scarf: grand's wardrobe
Rings: H&M
Cross-ring: no name

Monday, September 29, 2014

Outfit #76 - My blood is poison


Gonitwa. Nikogo nie zgubić, o niczym nie zapomnieć. Dni mijają w zawrotnym tempie - jak lubię.
Ostatnio dzieje się u mnie dużo dobrego - praca, życie osobiste. Małe sukcesy, duże radości. I tylko Mort mi siedzi w głowie (tak, ten od pingwinów) ze swoim "pooodejrzaaane". Zobaczymy jak długo dobra passa potrwa.

Wracam do odzieżowego mroku - nareszcie! Jakkolwiek uwielbiam eksperymenty stylistyczne, tak ostatnio coraz bardziej zaczął mi doskwierać brak czerni totalnej w moich zestawach. I voila, oto mamy post. Znów przypominam wampira. Alleluja.

Co my tu mamy? Ach, tak, sukienka w roli głównej (znowu) i marynarka (hm, hm). Uzależniam się od funkcjonalnego minimalizmu, a tak proste połączenie sprawdza się zawsze. Tylko rajstopy wyłamują się zasadzie prostoty - bo są cieniowane.

Dodatki - minimalistyczne i bardzo designerskie. Liczy się forma - coraz częściej to moje motto. Naszyjnik - wygrany na FashionWall. Długo zastanawiałam się czy mi odpowiada - jest dziwny. Jednak "dziwność to nieodłączny element piękna"... W końcu więc - zauroczył mnie. I tylko kark boli po kilku godzinach. Ale to słodki ból.

Na ręce - zegarek. Wielka tarcza, cienki pasek, moje biżuteryjne marzenie, które nareszcie się ziściło. Na palcach - obrączki. Były już tu wiele razy. Tak jak buty, które z lubianych awansowały do kategorii ukochanych. 

I o włosach słów kilka na sam koniec. Mój prywatny "kosmetyk roku 2014"... Pudry. Żeby było weselej - z Biedronki. Trzy kolory, błyskawiczne użycie i trwałość do pierwszego mycia. Nareszcie mam tęczę na głowie - kiedy chcę i jak chcę.

Zdjęcia oczywiście autorstwa niezastąpionej Airy. Oczywiście robione w biegu, między kawą, plotkami, a kolejnymi obowiązkami. I, oczywiście, mam nadzieję, że się podobają.











Dress: Mohito
Jacket: Top Secret
Necklace: KOD
Tights: E-marilyn.pl
Shoes: Shoelook
Wristwatch: Elixa
Rings: H&M
Scarf: no name
Nails: AllePaznokcie.pl

Monday, September 22, 2014

Outfit #75 - Trust me, I'm an engineer!



Dziś post nietypowy - bo strój nader oficjalny. Stylizacja dokładnie sprzed tygodnia... Elegancka i formalna. Tak, dokładnie tak wyglądałam na obronie. A że miałam czekać cztery godziny - skorzystałam z okazji i umówiłam się na pamiątkowe zdjęcia z genialną Perfectamente Photography. Efekty są, jakie widać. Dla mnie bomba, ale ja się zawsze zachwycam młodymi zdolnymi ;)

Moi mili - udało się! Od tygodnia jestem dumną Panią Inżynier. Jupi, juhu, radocha i tak dalej.

Ale dobra, dobra, pamiętam, najważniejsze na tym blogu są ubrania ;). Co jednak mogę rzec? Sukienkę dorwałam w Solarze na przecenie (i za bon wygrany w jakimś konkursie). Strasznie mi się nie podobała - dopóki nie zobaczyłam jej na sobie. Od razu wskoczyła na listę ulubieńców. Kobieca, prosta i elegancka. Mrau!




Żakiet - lekki i prosty. I czarny, oczywiście. Dorwany w H&M za, bodajże, cztery dychy, sprawdza się zawsze wtedy, gdy temperatura jest zbyt wysoka na formalną marynarkę. A potraficie sobie chyba wyobrazić jak w trakcie obrony temperatura potrafi podskoczyć...

 


Buty mogliście już podziwiać w tym poście - uwielbiam je, są niezwykle wygodne, a stabilny obcas i paseczek wokół kostki to połączenie doskonałe. Do tego ulubiony naszyjnik, który złośliwie ukrył się za dekoltem. I wystarczy. Elegancja nie potrzebuje ozdób. Potrzebuje wysokiej jakości materiałów i dobrego szycia, to one świadczą o wyrafinowaniu zestawu. Takie jest moje zdanie.

To co, świętujemy?!



dress - Solar
jacket - H&M
shoes
necklace